Strona główna
 


 

     

Portal dla kobiet

Strona główna FORUM Konkursy Album Kontakt
Znajdź firmę Dodaj wizytówkę firmy Szukaj lekarza Dodaj gabinet lek. Dam pracę Szukam pracy Reklama


Historie z życia wzięte
Czarne ślubne sandałki, czyli Praski Ślepy Zaułek
O zaletach zwiedzania napisano już chyba wszystko. O wadach chyba niewiele, a najprawdopodobniej wcale. Rozmaite i niezliczone biura podróży zachwalają egzotyczne wycieczki, survivalowe eskapady i wypady dookoła świata, mające być podróżą życia. I taką właśnie podróżą życia była moja wycieczka do nieistniejącej dziś Czechosłowacji. Jak się później okazało, zapoczątkowała ona wieloletni survival.
Poznali się.
Zaczęło się jak zwykle to w opowieściach bywa od niewinnego i nic nieznaczącego spotkania. A więc na zwykłej czeskiej uliczce spotkają się On student konserwacji nazwijmy Go Maurycy i Ona plastyczka - maturzystka Jagoda. Przeznaczenie? Zbieg okoliczności? Chichot losu? Cokolwiek to było, w słoneczny skwarny dzień oni właśnie wyławiają się z tłumu,by spytać o drogę, Maurycy bierze ją za zwykłą czeską dziewczynę, w klapkach, jedwabnych kwiecistych szarawarach, Jagoda nawet nie pamięta jego twarzy. Idą wiec ulicami Pragi, dziwiąc się nie zabytkom ani urokowi ulic, a temu ze świat taki mały, że szukają tego samego sklepu, że malują takimi samymi farbami, że te same kierunki studiów wybierają...
Wędrują więc pośród tłumów turystów nie przeczuwając nawet, że już niebawem zaczną stawiać razem pierwsze wspólne kroki.
Słoneczne lato minęło i wraz z nastaniem jesieni przyszedł czas wspomnień. Gdzieś pośród zdjęć i biletów z galerii ona znalazła jego adres, on w zakamarkach pamięci miał jej mocno zamglony obraz.


Spotkali się.
W Jego mieście. Nie rozpoznali się od razu, promienie słońca tym razem nie rozświetlały ich twarzy, wiatr nie czesał włosów. Jego godzinne spóźnienie na spotkanie wydało się Jagodzie takie słodkie. Nie wiedziała wówczas, że kiedyś, za kilkanaście lat czekanie na Maurycego będzie nieodzownym elementem jej życia. Czekanie w strachu, czekanie kiedy wróci, czy w wróci w ogóle...


Pobrali się.
Po 7 latach.
"Bo tak Cie lubię" mówił on. Po rozstaniach i powrotach. "Jesteś taka nijaka". "Nie umiem bez Ciebie żyć". Pierwszy sygnał wydał jej się taki romantyczny. On chciał świętować tylko z Nią. Nie cierpiał jak to mówił "zgromadzeń rodzinnych". Dlatego też nie mają pamiątkowych zdjęć ze ślubu, bo miał je robić wujek - przyjaciel Rodziny. Maurycy postawił sprawę na ostrzu noża, albo wujek albo on.
Uległa. Świeciła oczami przed krewnymi. Tylko najbliżsi. Z Pałacu Ślubów na obiad i lody. Po kawie na zakupy. Sama. Obrączka do kieszeni. A nóż ktoś zauważy ją na jej palcu, zapyta "Kiedy?" Co wtedy odpowie? Dziś przed zakupami? Za to w podróż poślubną pojechali do Paryża, zakochani. To nic, że Maurycy nie chciał kupić choćby najmniejszego upominku dla Rodziców, tłumaczyła sobie, że zapamięta te piękne chwile i zachowa w sercu. Znów wydał jej się taki zaradny, mądry i racjonalny.


Kochali się.
Chwilami wydawało jej się, że spotkała mężczyznę życia. Nie był wymarzonym brunetem o czarnych oczach, ale zaimponował jej mądrością, energią, wiedzą...  Kochała Go. Chwilami nienawidziła. Bała się tych uczuć. Kolejny sygnał przepłakała pół nocy. Sukienka do ślubu kościelnego. W marzeniach przymierzała ją tysiące razy i tonęła w jej bieli. Teraz tłumaczyła rodzinie, że wcale o niej nie śniła, że czarne buty też pasują do niebieskiej sukienki, że po co wesele, że nie marzyła o druhnach. W imię świętego spokoju, bo Maurycy nie lubił spotkań rodzinnych. Urządzili chrzest pierworodnego wspólnie z ich ślubem. Zamiast wesela - obiad w przydrożnym barze.


Kłócili się.
Jak każde małżeństwo? Chyba jednak nie jak każde. Marzyli o tym, by zamieszkać w domu za miastem. Budowę nadzorował Maurycy. Zatrudniał i wyrzucał kolejne ekipy budowlane. Opowiadał Jagodzie jak musi się z nimi użerać, wykłócać... Ona w tym czasie leżała pod kroplówką przez 4 miesiące. Ciąża zagrożona. Do szkoły rodzenia chodziła sama, jedyna samotna w grupie tłumaczyła sobie i światu jak zapracowanego ma męża. Urodziła dokładnie w dniu odbioru domu. Przepłaciła to swoje bohaterstwo depresją poporodową.

Kolejne sygnały ignorowała. Te i następne. Zaczęła myśleć jak On. Jego świat był taki logiczny. I poukładany. Kiedy zrobił jej listę obowiązków, leków i zakupów zdrętwiała, ale w mgnieniu oka przekonała samą siebie, że ma skarb nie męża, który tak dba o wszystko.
Nawet wtedy, gdy wyliczał jej pieniądze na ich wspólne życie. Gdy zabrakło, mogła zawsze od Niego pożyczyć i oddać Mu po wypłacie. Z czasem przestała zauważać, że to dziwny układ. Przestało Jej nawet przeszkadzać, gdy Maurycy używał słowa "my" w miejscu Jego decyzji....
Nie przeczuwała nawet, że przekraczając próg nowego domu wejdzie w progi piekieł...


Zamieszkali.
W nowym domu. Według ich marzeń. Miał być bez wad. Dopiero po latach Jagoda zauważyła przeoczony feler. Dom miał salon z kominkiem, pastelową sypialnię i pokoiki dla dzieci. Był gabinet męża i dwa garaże. Zabrakło tylko pokoju dla Niej. W kilkusetmetrowym domu miała za to własny stolik w sypialni. I blat w kuchni.
Architekt zieleni zaprojektował im ogród jak z marzeń, co prawda Maurycy zamienił piaskownicę dla dzieci na klomb z zielenią (bo piasek będzie niszczył trawę), ale posiadłość i tak powoli stawała się obiektem westchnień sąsiadów.
Wewnątrz kolorowe ściany Jagoda ozdobiła własnoręcznie gustownymi szlaczkami. Biel nigdy nieużywanego kominka (bo dym według Maurycego mógł zabrudzić ściany) pięknie kontrastowała z wnętrzem wypełnionym po brzegi starociami. Jagoda podziwiała męża za pracowitość i zaradność. Zwłaszcza wtedy, gdy zwoził znalezione gdzieś po świecie rupiecie. Nie buntowała się nawet wtedy, gdy kazał jej pół nocy malować meble na tarasie. Przecież stał nad nią z lampą. Myślała wtedy, że skoro nie śpi wraz z nią, to znaczy, że on kocha ją tak jak ona jego. Nawet wtedy, gdy sprawdzał czy wypolerowała chromowane klamki. I wtedy, gdy mogła pójść spać, dopiero gdy nie znalazł ani okruszka na blacie w kuchni. Płakała tylko czasem. Nie mówiła nikomu. Bo po co skarżyć się, jak bardzo bolały ją zziębnięte dłonie, kiedy nocą kazał jej spod śniegu wygrzebywać kopiec kreta...


Wstydziła się.
Jego zachowań. Nieprzewidywalności. Wymyślała niestworzone historie i zbiegi okoliczności, by usprawiedliwić humory Maurycego. Ospa dzieci. Bóle głowy. Stała się mistrzynią unikania odpowiedzi. Do jej rodziców nie jeździli od miesięcy, potem już lat. Grono przyjaciół dziwnie uszczupliło się do kilku par. On triumfował. Stał się lokalnym działaczem i społecznikiem, takim jak to mówią: "gdzie diabeł nie może..." Jagoda zajmowała się domem. Wzorowo. Szykowała mu obiady, kolacje przy świecach i kanapeczki do pracy.
W końcu jak to Maurycy zawsze powtarzał "On nie może się wszystkim zajmować".
Dlatego więc podczas gdy on spał w najlepsze, ona z dwójką dzieci o 6,00 jechała PKS-em by zawieźć je do przedszkola. Po pracy między galopem do przedszkola a marszobiegiem na autobus szybkie zakupy. Nie daj Boże zapomnieć coś z listy Maurycego. Wizja rozmowy z Maurycym "na dywaniku" powodowała u niej bóle karku. Kiedyś zapomniała cytryn. Spała za to tydzień na kanapie w saloniku. Właściwie to przyzwyczaiła się do spania tam. Karana była odtąd już prawie za wszystko. Za samowolny wyjazd do Rodziców - wyłączone ogrzewanie, za próbę rozmowy z mamą - zablokowany telefon. W sypialni spała tylko wtedy gdy Maurycy znikał z domu. Na tydzień, dwa. Czasem zamykał sypialnię na klucz. I swój gabinet. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Z czasem Jagoda przestała tęsknić za sypianiem z mężem. I tak słyszała wciąż, że jest "zimną kłodą". Chciała za to nadal być kobietą, odczuwać podziw i przeglądać się w oczach męża. Gdzieś podświadomie oczekiwała obsypywania kwiatami i prezentami. Tego prezentu od Maurycego nie zapomni nigdy. Breloczek z delfinkiem. Praktyczny, bo z pieniążkiem do wózka na zakupy. I znów przepłakała pół nocy...


Różnili się.
Powoli zaczęła zauważać, że różnią się prawie we wszystkim. Ona towarzyska i otwarta kochała wieczory w gronie przyjaciół. On wychodził ostentacyjnie w połowie spotkania. Ona rozpieszczałaby dzieci do granic możliwości. On zabierał dzieciom zabawki "bo nie mogą mieć wszystkiego". On kłócił się z rodziną, ona zażegnywała wszystkie awantury.
On miał przywileje. Ona obowiązki.
Czasem miała ochotę wejść do garderoby i za to, co jej robił, pociąć Jego wiszące w rządku błękitne koszule. Wszystkie. 30 tak samo błękitnych wrednych koszul. Nie zrobiła tego nigdy. Bała się kary.
Kochała go i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Nie potrafiła już żyć sama. Nie wierzyła, że potrafi. Porządek jak w koszarach dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Reżim - złudzenie oparcia, a oprawca przynależność. Chciała być czyjaś. Nie ważne czyja. Nie ważne też, czy miała o czym rozmawiać z Maurycym. Właściwie już nie rozmawiali ze sobą. "Ciche dni" były dyżurną karą Maurycego. Ciche dni. Ciche tygodnie. Ciche miesiące.


Rozwodzili się.
Kilkukrotnie. Po każdym zniknięciu Maurycego z domu temat rozwodu wracał jak bumerang. I tkwi w błędzie ten, kto pomyśli, że to Jagoda żądała rozwodu. Ona klęczała przed nim prosząc by nie odchodził. On wracał do domu i napawał się widokiem zalanej łzami żony żebrzącej o wybaczenie. Czego? "Jego zachowania, które jest wynikiem Jej zachowania". Mdło się jej robiło na samo brzmienie tej mantry. Więc przepraszała. Sama nie wie za co. Czuła się jak zbity kundel. Wtedy on zabierał ją z dziećmi na weekend. Do hotelu. Nie przepraszał. Nigdy.
W końcu pękła. W dniu swoich kolejnych urodzin. Po kolejnej kłótni coś wewnątrz zakazało jej paść na kolana i błagać o wybaczenie. Nie mrugnęła nawet okiem, gdy on z miną pokerzysty zażądał rozwodu. Za to jego oczy wydały jej się jeszcze bardziej zielone niż przez ostatnie 17 lat, gdy zamiast błagania o powrót usłyszał jej zdawkowe "ok". To był najlepszy prezent jaki Maurycy mógł jej dać.
Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. W Jagodzie obudziła się dawno uśpiona lwica. Telefon do najlepszego Adwokata w mieście. Wynajem kawalerki. Teraz ona nie odzywała się do męża. Pierwszy raz widziała jak robi mu się słabo z nerwów. Pierwszy raz on zaczął liczyć się z jej zdaniem.


Walczyli.
Miesiąc. Podzielili dom, meble, dywany, nawet kwiaty. Grafik spotkań z dziećmi. Jagoda zadzwoniła do Mamy. Łzy, ani słowa żalu, żadnych wyrzutów. "Córeczko, cokolwiek zrobisz wesprzemy Cię". To ją uskrzydliło. Przyjaciele przelali pieniądze na rozprawę. "Oddasz jak będziesz miała". Jeszcze w ostatnim odruchu Maurycy zakazał jej mówić jego rodzicom o rozwodzie. Nie zrobiło to na niej już żadnego wrażenia. Głowę zaczęła nosić wysoko. Zaczęła chodzić środkiem chodnika, nie pod ścianą. Gdyby jeszcze miała odwagę ściąć długie blond loki. Nie ścięła. Za to kupiła sobie czerwoną torebkę. Nie musiała tłumaczyć mężowi skąd miała na nią pieniądze, ani wymyślać bajek o przecenach i rabatach. Kupiła i już.
Dzień przed złożeniem wniosku do Sądu Maurycy poprosił o rozmowę. Zgodziła się. Właściwie nie czuła nic. Wydawało jej się, że mężczyzna siedzący po drugiej stronie stołu jest obcą zupełnie osobą. Rozłożyła go na łopatki spokojem, dumą i opanowaniem. Płakał jak dziecko. Nie wierzyła nadal. Teraz on klęczał. Przeprosiny. Obietnice. Deklaracje.


Pogodzili się.
Zadzwoniła do Adwokata. Nie wróżył im powodzenia, ale Jagoda tryskała optymizmem i wiarą w przyszłość. Wycofali papiery rozwodowe. Znów sypiała w ich wspólnym małżeńskim łóżku. Rozmawiali godzinami ze sobą, jak niegdyś. Znów opierała głowę na jego ramieniu gdy śmiali się do łez na starych dobrych komediach. Znów witała go ciepłym obiadem, a w soboty budziła zapachem kawy i jajecznicy na boczku.
Na wakacje pojechali w Bieszczady. Snuli się godzinami bez celu. Bez poganiania, planu, grafiku i marszruty. Jak nigdy. To były wakacje jej życia. Do pracy wróciła uskrzydlona.
Maurycy zgodnie z obietnicą przejął część obowiązków. Zawoził synka do szkoły. Co dzień przyjeżdżał po Jagodę po pracy. Przeprosinowy bukiet róż trochę ja rozczarował. Przypominał jej te "gotowce" od kwiaciarek ze Starówki, ale udała, że nie zauważyła tego małego szczegółu. Łapała od dawna oczekiwane chwile szczęścia i radości. Czerpała garściami miłość. Przeglądała się w zieleni oczu Maurycego i nadal nie wierzyła w to, co się dzieje.


Milczeli.
Jedno słowo. Jeden gest. Jedna chwila wystarczyła, by Maurycy znów zmienił się z normalnego faceta w potwora. Znów zaczął stosować wobec Jagody przemoc emocjonalną. Tym razem uderzył w szantaż. Jakby chciał "odbić sobie" dwa cudowne miesiące. Jagoda znów zaczęła się bać. Bała się jak dawniej. Ale i nie tak jak dawniej. Teraz była silna w tym swoim strachu. Kiedyś uśmiechała się do plakatu, który widziała na bilbordzie. "bo zupa była za słona..." Teraz sztywniała na samą myśl o zupie. Gdy do nocy czekała z obiadem i siedemnasty raz odgrzewała pomidorową obrywała za to, że chce pokazać jak to on późno wraca. Gdy obiadu nie było - dostawała za jego brak. Przestała się tłumaczyć.  Milczała więc, ale wewnętrznie prostowała się coraz bardziej. Milczała nadal i wciąż. Nie na złość. Ze smutku. Milczała, bo brakło jej słów. Dosłownie. Bo o czym miałaby mówić? O tym jak strasznie czuła się oszukana? Że czuje się sponiewierana sypiając znów w saloniku na kanapie zamiast we wspólnej sypialni.  Że serce jej krwawi, gdy on mija ją jak mebel? Dzień. Dwa. Tydzień. Miesiąc. Dwa miesiące...

...
Odszedł. Na zawsze. Nie pożegnał się. Zostawił Jagodzie list pożegnalny. Obarczył ją winą za jego śmierć.

Jarzębina

Jeśli też masz internautkom coś do opowiedzenia, chcesz się z nami podzielić swoją historią - pisz, a na pewno opublikujemy Twoje opowiadanie. redakcja@matkapolka.com.pl


Podoba Ci się artykuł?
Zapisz się do naszego Newslettera a będziesz zawsze na bieżąco z nowościami naszego portalu.
Zapraszamy!

--- Jarzębina ---


Tagi: awantury, brak szacunku, dramat, emocje, historia, kary, kłótnie, koszmar, małżeństwo, miłość, nienawiść, nieszczęśliwe, piekło, poniżanie, przemoc, rozwód, śmierć, somobójstwo, szantaż, uczucia, z życia wzięta, złość
Podobne artykuły:
Czy warto...? Tylko z przywiązania... Ratować związek za wszelką cenę? Jestem uzależniona…od męża… Okradła mnie przyjaciółka Historia zwykłej kobiety... Przerwane życie Kiedy mnie już nie będzie... Małżeńska nuda Przyjaciółka niezbędna do życia?
dodaj komentarz
a  29-03-11 12:32
czytaj komentarz >>

Sylwia  29-03-11 05:49
czytaj komentarz >>

  29-03-11 09:18
Ja pierd...
Nie do wiary!
czytaj komentarz >>

.
qkli  29-03-11 09:35
...... :/ ......
czytaj komentarz >>

A  30-03-11 03:54
czytaj komentarz >>

mc.xx.3  01-02-12 06:53
czytaj komentarz >>

POWRÓT DO PARYŻA
Ciekawostki05-11-13
POWRÓT DO PARYŻA Są takie miejsca, do których powracamy kilka razy w ciągu życia. Są takie osoby, do których zbliżamy się ponownie po wielu latach. Czasami po to, żeby na nowo je odkryć, a czasami po to, żeby utwierdzić się w naszych dotychczasowych odczuciach. A czasem po to, żeby odkryć miłość, z której wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy, a której nie da się już dłużej zaprzeczać i samego siebie dalej oszukiwać. Paryż – dotychczas dla mnie zbyt oczywisty i zbyt pełny turystów ... Dokładnie 10 lat temu po kilkudniowym zwiedzaniu w sierpniowych upałach powiedziałam „bez szału”. Teraz postanowiłam dać mu drugą szansę i zakochałam się bez pamięci.
czytaj dalej >>

Najczęściej komentowane artykuły

Popularne tematy forum
Popularne tagi

Album
Galeria - Katarzyna Piwecka
Galeria - MARYANA
Galeria - e88e
Galeria - malina820
Galeria - wiewiorczak
Galeria - zielasbar
Znajdź firmę


Ostatnio dodane firmy
Znajdź lekarza
Związki Pociechy Dom Zdrowie Praca Abecadło emocji Ciekawostki Męski punkt widzenia Historie z życia wzięte Chwila dla rozrywki
Znajdź firmę Dodaj wizytówkę firmy Szukaj lekarza Dodaj gabinet lek. Dam pracę Szukam pracy Reklama Polityka Prywatności
statystyka Matka Polka w katalogu Gwiazdor Strona nominowana w konkursie stron www - UniqueSite