|

Wyszłam za Pawła szybko i równie szybko się z nim rozwiodłam. Przyczyną była, jak to się ładnie nazywa, niezgodność charakterów. Że się o tym powinno wiedzieć przed ślubem? Pewnie i tak, ale jak już mówiłam, związaliśmy się ze sobą dość szybko i nie wystarczyło nam czasu na przedślubne, dogłębne poznanie.
Nie byłam w ciąży ani w żadnej innej potrzebie. Po prostu się zakochałam. A jak się młoda dziewczyna zakochuje, to jej się od razu wydaje, że to ten jeden, jedyny na całe życie. No i był ślub, a potem wspólne mieszkanie, które okazało się dla mnie, a właściwie dla nas obojga, ciężarem nie do wytrzymania. Dobrze mówią, zanim weźmiesz ślub, zamieszkaj z partnerem. Bo są takie rzeczy, których się nie pozna nawet podczas pięćdziesięciu wspólnych noclegów pod namiotem.
O co u nas poszło? O wszystko właściwie. Paweł był bałaganiarzem, ja pedantką. Przez pierwszy rok małżeństwa bolałam nad tą rozbieżnością w skrytości ducha. Co porozrzucał, ja poskładałam. Ale po dwóch latach przestałam robić to w milczeniu. Coraz częściej kłóciliśmy się niemal o wszystko – on zarzucał mi, że z szalonej dziewczyny, z którą się żenił, stałam się kurą domową, ja jemu – że kompletnie nie szanuje instytucji małżeństwa, czyli tak naprawdę mnie.
Chciał mieć dzieci. Ja wręcz przeciwnie, a na pewno nie teraz, nie w naszej sytuacji. Byłam już matką jednego dorosłego dryblasa, a przy maleńkim dziecku chyba bym zwariowała.
Paweł lubił imprezować, ja w sumie też. Tyle że u niego impreza równała się jedna wielkiej balandze, po której trzeba sprzątać trzy dni. A przecież nie mieliśmy na to ani czasu, ani pieniędzy. Oboje pracowaliśmy, mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, odkładaliśmy na własne.
Pomimo wszystko decyzja o rozwodzie nie należała do najłatwiejszych. Nie chciałam jednak marnować życia na użeranie się z facetem. Byłam jeszcze młoda, mogłam ułożyć sobie życie z kimś, z kim będę naprawdę szczęśliwa.
Bo jedyne, co nam od początku dobrze wychodziło, to seks. Oboje go lubiliśmy i byliśmy pod tym względem dobrze do siebie dopasowani. Ale nie samym kochaniem człowiek żyje. No i przez ile czasu będzie nam w łóżku tak dobrze? Nic nie trwa wiecznie, nawet trzęsienie ziemi podczas zbliżenia.
Robert był zupełnie inny od Pawła
Poznałam kogoś. Kogoś zupełnie innego niż Paweł. Nie był może tak cudownym kochankiem, ale to przy Robercie czułam się naprawdę bezpieczna. Troszczył się o mnie, szanował mnie, a co najważniejsze, miał takie same poglądy na życie. Testowałam go pół roku, zanim zdecydowałam się na rozwód z mężem. Trochę się bałam, że Paweł może robić trudności. O dziwo, tu mnie zaskoczył. Przyznał mi rację, że raczej nic dobrego z tego naszego małżeństwa nie będzie. – Oprócz seksu – dodał.
No więc wzięliśmy rozwód. On chyba też kogoś sobie przygruchał, kilka razy widziałam go na ulicy z ciemnowłosą dziewczyną. Nawet się ucieszyłam, że nie jest sam.
Pokochałam Roberta, planowaliśmy ślub. Nie rwałam się jednak już tak pochopnie do nowego zamążpójścia. Zamieszkaliśmy ze sobą, dając sobie czas na wzajemne poznanie.
Fajnie nam razem było. Robert naprawdę o mnie dbał i zależało mu, żebyśmy byli ze sobą szczęśliwi. Byliśmy. Czasem, nocami, wspominałam chwile bliskości z Pawłem. Ale przecież na samym seksie dobrego związku nie zbudujesz.
Robert był szefem jednego z oddziałów filii dużej firmy. Zdarzały mu się kilkudniowe wyjazdy, z których dzwonił do mnie, pytając, co robię i czy za nim tęsknię. Śmiałam się wtedy, że jeszcze dzień nie minął, a już nam siebie brakuje.
Tak, naprawdę byłam szczęśliwa i coraz częściej planowałam w myślach nasz ślub.
W końcu ustaliliśmy termin. Chcieliśmy się pobrać w maju, bo nie wierzyliśmy w przesądy, w to, że brak literki „r” w miesiącu ożenku może przynieść pecha. Nie nam, myśmy byli ponad wszystkie te zabobony, bo nas łączyło nie tylko uczucie, ale i wspólne cele życiowe.
Postanowiliśmy mieć dzieci, ale później, nie na łapu-capu, tylko jak się już nacieszymy sobą, podróżami, zwiedzaniem świata, jak jeszcze mocniej ustabilizujemy się pod względem finansowym.
Piękny ślub, świetlana przyszłość, ale...
Moi rodzice byli nareszcie usatysfakcjonowani tym, jak żyje ich córka. Bo mojego pierwszego męża niezbyt lubili. Przestrzegali mnie zresztą przed małżeństwem z nim. – To lekkoduch – mówiła matka. – Nie zaznasz przy nim spokoju i stabilizacji.
Miała rację, ale o tym przekonałam się dopiero po czasie. Tym razem jednak obie byłyśmy zgodne – Robert to wspaniały kandydat na męża.
Pobraliśmy się. Ślub był piękny, miesiąc miodowy także. Zwiedziliśmy prawie całą Florencję, obejrzałam wszystko to, co do tej pory widziałam tylko na kartach albumów fotograficznych albo na obrazach.
Po pół roku małżeństwa postanowiliśmy przyspieszyć naszą decyzję o dzieciach. W sumie nie było na co czekać, Robert zarabiał dobrze, ja też, mieliśmy mieszkanie, samochód, stać nas było na coroczne i to nie byle jakie wakacje.
Zaczęliśmy się starać o dziecko, tylko że coś opornie nam to szło. W końcu zdecydowaliśmy się przebadać. To zresztą Robert namówił mnie na te badania. – Co ma być, to będzie. Na pewno jest z nami wszystko w porządku, ale na wszelki wypadek sprawdźmy to – przekonywał.
Zgodziłam się. Rzeczywiście, z mojej strony było ok. Tyle, że z Roberta nie bardzo...
Strasznie mi było przykro. Widziałam, jak go to gryzie, jaki czuje się nagle mało warty, by nie powiedzieć bezwartościowy...
Podjęliśmy decyzję o adopcji. – Będziemy je kochać jak własne – zapewniałam go.
Chyba mi uwierzył, chociaż nie do końca był przekonany. Ale wkrótce zaczęliśmy chodzić na kurs adopcyjny i przebywając w towarzystwie ludzi w takiej samej sytuacji jak my było nam dużo łatwiej.
Niespodziewana wizyta
Pewnego wieczoru, gdy Robert wyjechał na jedną ze swoich delegacji, ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam. Na progu stał Paweł – mój pierwszy mąż.
– Coś się stało? – spytałam przestraszona. No bo nie zadzwonił nawet, a nie mieliśmy zwyczaju wpadać do siebie do domu. Rzadko się widywaliśmy, właściwie wcale. Czasem dzwonił z życzeniami świątecznymi albo na moje urodziny, ale poza tym nie mieliśmy ze sobą kontaktu.
Mogę na chwilę wejść? – odpowiedział pytaniem.
Skinęłam głową i wpuściłam go do środka. Chwilę wodził wzrokiem po mieszkaniu.
Ładnie tu – stwierdził.
Uśmiechnęłam się.
A tobie jak się powodzi, szczęśliwy jesteś? – zapytałam.
Nie odpowiedział. Usiadł w fotelu i za chwilę wyjął z torby butelkę wina.
Przyniesiesz dwa kieliszki? – poprosił.
Zawahałam się. Picie z Pawłem nie było najlepszym pomysłem.
No proszę cię, Anka, przecież przestępstwa nie popełniasz – powiedział.
Przyniosłam te kieliszki. Odkorkował wino, wzniósł toast.
Za ciebie.
I za ciebie – dodałam.
No tak, przecież już nie było „nas”.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
Czemu nam nie wyszło? – zapytał nagle.
Żachnęłam się.
Po co pytasz? Przecież wiesz. Zresztą, to już przeszłość. Ja mam nowe życie, ty też. Spotykasz się z kimś?
Przytaknął.
Jaka ona jest? Opowiesz? – zainteresowałam się.
Zaczął mówić. Gdzie ją poznał, czym się ona zajmuje, że spotykają się od kilku miesięcy.
Tylko, że wciąż nie mogę się zdecydować na jakiś poważniejszy krok. Cały czas mam w pamięci życie z tobą...
Przestań – zezłościłam się. – Było, minęło. Nie wyszło nam, zdarza się. I nie ma do tego sensu wracać, naprawdę. Ja jestem szczęśliwa, ty pewnie wkrótce też będziesz. Może jeszcze nie przyszedł twój czas po prostu... – chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie Paweł wstał i zbliżył się do mnie.
Co robisz? – zdążyłam powiedzieć, zanim mnie pocałował.
Nie spodziewałam się tego. Tak samo jak swojej reakcji na ten pocałunek. Bo całowałam się z Pawłem z przyjemnością i taką zachłannością, jakbym nie była z facetem od miesięcy. Nie myślałam w tamtej chwili o Robercie, uleciał gdzieś, tak samo jak moje małżeństwo, moje świeżo upieczone szczęście, moja przyszłość....
Kochaliśmy się. Dziko, namiętnie, wprost na podłodze. Przypominałam sobie zapach Pawła, jego silne ramiona i pieszczoty, których tak mi brakowało... Nie myślałam, cała byłam czuciem, jednością z nim.
Po wszystkim zebrał się i poszedł. Chciał coś powiedzieć, ale zamknęłam mu usta dłonią.
Poszedł.
Nie było mi dobrze, o nie. Teraz, gdy zmysły odeszły, czułam wyrzuty sumienia. Zdradziłam Roberta. Nie chciałam, nie planowałam tego, ale tak wyszło.
Dokończyłam napoczętą przez nas butelkę wina i za chwilę poszłam spać. A gdy nazajutrz Robert zadzwonił, znowu byłam taka jak dawniej. Postanowiłam ten incydent, seks z byłym mężem, po prostu wymazać z pamięci.
Nie dostałam miesiączki...
Chyba mi się udało. Paweł zadzwonił tylko raz, nawet nie zadzwonił, ale wysłał smsa. Napisał w nim, że było mu cudownie i gdybym chciała to powtórzyć... Odpisałam krótko: „To był błąd. Proszę cię, nie kontaktuj się więcej ze mną”. Posłuchał.
Wróciłam do mojego męża, znów było nam dobrze, w dodatku okazało się, że z powodzeniem skończyliśmy kurs dla adopcyjnych rodziców i że możemy się starać o opiekę nad dwuletnią Zuzą! Nie posiadaliśmy się z radości. Codziennie jeździliśmy do domu dziecka, żeby pobyć z małą. Wszystko układało się szczęśliwie.
Do czasu, gdy nie dostałam miesiączki. Po wiadomości, że Robert jest bezpłodny, przestaliśmy się zabezpieczać. Zresztą, już wcześniej zrezygnowaliśmy z antykoncepcji, chciałam przecież zajść w ciążę. Tylko, na Boga, nie z byłym mężem!
Niestety, to była smutna prawda. Jestem w ciąży. Potwierdziły to trzy testy ciążowe i dodatkowo ginekolog.
Nie wiem, co mam robić. Aborcja? Ale przecież tak się staraliśmy o dziecko. Brać cudze i usunąć własne? Bo przecież nie powiem Robertowi, że jestem wiatropylna. A przyznać się do zdrady nie mogę, to byłby koniec naszego małżeństwa.
Chodzi mi też po głowie myśl, żeby powiedzieć Pawłowi. W końcu noszę w sobie jego dziecko. Ale wrócić do niego? Nie, nie ma mowy. Więc może rozstać się z Robertem, wyprowadzić gdzieś daleko i urodzić, a potem samotnie wychowywać maleństwo?
Każdy pomysł wydaje się zły. Naprawdę, nie wiem, co mam zrobić...
.................................
Masz też swoją ciekawą historię?
Chcesz nam o niej opowiedzieć?
Napisz do nas!
org@matkapolka.com.pl
|